Skip to main content

Jedność to dopiero początek…

W początkowym okresie, gdy dusza wchodzi w jedność, człowiek nie za bardzo wie, co się z nim dzieje. Jaki jest dzień, jaki miesiąc? Czas? Jaki czas? Minął tydzień? Kiedy? Odlot jest prawie zupełny. Dusza przenosi się poza czas i przestrzeń. Ogólnie, ona tam zawsze jest, ale chodzi o tę część duszy bardziej uziemioną. Ta dosłownie fruwa i trzeba ogromnego wysiłku woli, by trzymać ją w stanie choćby pozornej stabilizacji.

   Dzieje się tak, bo proces, który się dzieje, dzieje się poza sferą materii. Poza czasem. Poza wszelkimi znanymi nam strukturami duchowymi. I jeśli go nie zakłócicie, nie doznacie nigdy niczego wspanialszego. Porównywalne jest to jedynie do jedności samemu ze sobą, choć w tym przypadku proces jest o wiele intensywniejszy.

   Żartuję. I ten, i ten proces odbywa się dość intensywnie. I tu, i tu przechodzimy przez stany, które nie tylko wyzwalają światło, ale i prowadzą do całkowitego unicestwienia własnego EGO, byśmy mogli narodzić się na wyższym poziomie duchowym.

   Ale o tym, co się wydarzyło później, opiszę wam w kolejnym artykule.

   Gdy dziś się nad tym zastanawiam, nigdy wcześniej nie myślałam o tym, jak dokładnie przebiega ten proces. Czym on jest? Myślałam, że to jedynie powrót do jedności i tyle. Dusza się połączy, wyzwoli się światło, po czym się rozpłyniemy i tyle. Nic bardziej mylnego. To nie koniec. To dopiero początek. Myliłam się. Ten proces ma dwa bieguny. Jeden proces wyzwala energię na poziomie światła, drugi na poziomie ciemności, Jeden inicjuje nowe życie, drugi inicjuje śmierć i zniszczenie, jeden tworzy nowy wszechświat, drugi niszczy stary.

   Dlaczego myślałam, że ten proces obejmuje tylko najwyższe poziomy duchowe? Nie mam pojęcia. Skalę ujrzałam dopiero podczas tej części procesu, gdy energia wyzwala się też i na najniższych poziomach duchowych. Gdy musiałam przejść przez całkowitą anihilację swojej duszy, wszystkich swoich ciał duchowych i ponowne narodziny.

   Co ciekawsze, przeszłam ten proces tylko ja. Może inaczej powinnam napisać, na razie, odbył się jedynie po mojej stronie. Druga strona go jedynie inicjowała. A dopiero teraz przejdzie go druga strona. I tym razem to ja go będę inicjować i prowadzić drugą stronę, przez jego poszczególne etapy. I teraz ma to sens. Gdyby obie strony przechodziły go równocześnie (w jakimś procencie przechodzą), mogłoby się stworzyć naprawdę duże zamieszanie.

   Na szczęście dusze się nawzajem prowadzą w tym procesie. Gdy jedna jest na górze, druga schodzi na sam dół i wtedy ta pierwsza staje się przewodnikiem i pomaga drugiej stronie przejść kolejne etapy jedności, w taki sposób, by mogła wyjść z tego, z jak najmniejszymi uszkodzeniami.

   Po co się to dzieje? Ano po to, by obie części duszy znalazły się w pewnej chwili w punkcie równowagi i wtedy mogły wejść w dopełniającą już jedność.

   Ciężkie to wszystko do zrozumienia. Wiem o tym. Ale co tam opowieść o tym. Doświadczyć tego. Cóż, powiem wam szczerze, najlepsze scenariusze i wyobrażenia tego nie ogarniają.

   Opisuję wam też, to wszystko, byście umieli rozpoznać ten moment, By nic was w nim nie zaskoczyło. Byście byli na to gotowi i nie kombinowali, bo to jest właśnie w tym najgorsze, gdy dusza kombinuje, by w sobie ów stan opóźnić. A tak się nie da i nie należy kombinować, tylko pozwolić, by to się samo zadziało. Choć potrafi dziać się i odwrotnie, i najgorzej, gdy uważamy, że my możemy na ten proces jakoś wpłynąć. Wielu próbowało i wielu mi opisywało, jakich szukali sposobów na to, by pewne rzeczy przyśpieszyć, inne zaś chcieli opóźniać.

   Jak się to kończyło? Zawsze w ten sam sposób, cierpieniem. Czasami walką na śmierć i życie. Tak, nie przesłyszeliście się, u wielu bliźniaków, autodestrukcja jest tak silna i destrukcyjne oddziaływanie na siebie, że potrafią toczyć ze sobą naprawdę ciężki bój. I zanim się ułożą, potrafią zniszczyć swoją relację z milion razy. Choć przyciąganie trwa nadal. I nadal zachodzi proces jedności, tylko od tego momentu ten proces staje się dla nich, naprawdę drogą przez mękę.

   Gdy poddajemy się procesowi jedności ze świadomością, że i tak się będzie dziać naszym życiu, i tak przebiegnie w swoim tempie, możemy się w końcu odprężyć. Ufnie mu poddać i wieść zwyczajne życie, jakie wiedliśmy do tej pory. To w niczym nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie, możemy wykorzystać tę energię w twórczy sposób, by ów proces nie stał się jedynie walką, a ukazał też i swoje inne oblicze.

   Sam proces, cóż, może nie należy do najprzyjemniejszych, przynajmniej nie w tej części, gdy się musimy rozpaść, wyzbyć wszelkich złudzeń. Gdzie musi upaść w nas każdy mur, zniknąć każda blokada. I na początku możemy go nawet nie doceniać. Nie rozumieć, po co się dzieje.

   Dopiero później, gdy już wyklujemy się sami z siebie, gdy obudzimy się na wyższym poziomie istnienia, zaczynamy widzieć w tym sens. Że to wszystko miało zadziać się w taki właśnie sposób, w takim tempie przebiegać. Że nie było w tym najmniejszej nawet przypadkowości.

   I nawet role, które grają w tym momencie wszystkie dusze, które w tym uczestniczą, nawet one nie są przypadkowe. Co nie oznacza wcale, że te role są łatwe. Nie są. Są bardzo trudne. Wymagające dużej odwagi, by pomóc własnej duszy, zrobić ten ostateczny duchowy krok.

   Także, ten, miłego dnia wam życzę i pozdrawiam z wyższego już wymiaru.