Skip to main content

Zanim dasz komuś siebie zniszczyć

Są sytuacje, które potrafią nas sponiewierać i takie, które nas budują. Są też takie, które zostawiają wyraźny ślad w naszej duszy, głęboką ranę lub pęknięcie, lub sprawiają, że od tej chwili nasze życie się zmienia.

   Są też sytuacje, które powodują, że zaczynamy widzieć świat w różowych okularach. I takie, które sprawiają, że owe okulary brutalnie nam są zdejmowane z oczu. Gdy okazuje się, że to, co nas urzekało, okazało się marnym wyobrażeniem lub własnym pragnieniem, które uczepiło się czegoś, jakiejś wizji i uwierzyło, że to, to.

   Gdy w naszym życiu nie dzieje się za wiele, możemy ulec iluzji, lub przekonaniu, że to życie już zawsze będzie spokojne. Gdy dzieje się odwrotnie i wszystko nam się wali na głowę, także ulegamy iluzji, że to koniec świata. Przekonaniu, że nic się nie da już zrobić, że wszystko dla nas skończone. Pamiętajcie jednak, że życia nie ocenia się zero-jedynkowo.

   Na daną sytuację można popatrzeć z wielu stron. My widzimy najczęściej jedną stronę, tę gorszą. Czasami wręcz wydaje nam się ona beznadziejna, choć tak naprawdę istnieje wiele perspektyw, z których możemy popatrzeć na siebie lub na dziejące się w naszym życiu zdarzenia, i one mogą ukazać nam zupełnie inny obraz. 

   Ustawiając się we własnym wnętrzu, możemy dostrzec to, co dzieje się w nas samych. Możemy też na to wpłynąć, uspokoić energię, uciszyć dziejące się w nas burze. Kto raz bowiem doświadczył stanu spokoju, czy to w medytacji, czy też w innych okolicznościach, zawsze będzie wracać do tego stanu.

   Gdy spojrzymy na siebie z dalszej perspektywy, możemy dostrzec równie dużo, co z punktu równowagi, w sobie. Możemy ogarnąć zdarzenie, widząc jego wpływ na różne sfery życia. Możemy też ujrzeć to samo zdarzenie, niczym w lustrze, w reakcjach naszego otoczenia. Możemy też poprosić nasze otoczenie, by nam powiedziało, co oni widzą w naszej energii.

   Takie, inne spojrzenie, jest niezwykle cenne. Może pomóc nam zmienić nie tylko perspektywę, ale i pchnąć naszą energię dalej, ku przemianie. I nagle to, co nazywamy tragedią, zaczynamy postrzegać jako cenną lekcję życiową. To zaś, co nas sponiewierało, nauką kształtowania poczucia własnej wartości.

   Nie zawsze, oczywiście, podpowiedzi innych są dla nas wartościowe. Sztuki, by umieć wydobywać wartość, ze słów naszego otoczenia, z postaw, pouczeń, czy też poglądów, trzeba się zwyczajnie nauczyć, jak wszystkiego innego. Gdy jednak się już tego nauczymy, wszystko od tej chwili stanie się dla nas wartościowe. Wszystko stanie się naszym nauczycielem. Dodając do tego pokorę, możemy wydobyć z tej energii, coś naprawdę cennego. Może poprowadzić nas bowiem ona, do zrozumienia.

   I, niestety, czasami naprawdę potrzebujemy trudnych doświadczeń, sponiewierania, by coś do nas w końcu dotarło. Potrzebujemy jeszcze raz i jeszcze raz przejść przez podobne doświadczenie, bo jeden raz, to dla nas za mało. Bo niczego się nie uczymy, nie potrafimy wyciągnąć odpowiednich wniosków, nie dociera do nas, że to nie los się na nas mści, a jedynie my nie chcemy czegoś zrozumieć, odpuścić, wybaczyć, uznać, że to koniec, że tak się dalej nie da, że wyczerpaliśmy już wszystkie możliwości.

   Pamiętajcie, to my zazwyczaj pozwalamy innym, by nas niszczyli. To my przeżywamy, gdy ktoś nas rani, odrzuca. To w nas dzieje się dramat. I jest nam to, zwyczajnie, potrzebne. Nie ma na nas innego sposobu, byśmy się wyzwolili z naiwności, usilnym trzymaniu się jakiejś iluzji, że to, w co uwierzyliśmy, da nam szczęście.

   Potrzebujemy ran, potrzebujemy, by czasami życie nami wstrząsnęło, bo wtedy mamy szansę zrobić krok do przodu. Wyzwolić się z destrukcyjnej i toksycznej dla nas np. relacji. Wyzwolić się z wampiryzmu, gdy ktoś, np. pod pozorem przyjaźni z nami, robi wszystko, by wyciągnąć z nas jak najwięcej energii.

   Potrzebujemy cierpienia, bo jest ono dla nas informacją, że czemuś się opieramy, próbujemy zatrzymać własny rozwój, próbujemy jeszcze chwilę pobyć w tym, co myśleliśmy, że przynosi nam miłość, harmonię i szczęście. I nawet jeśli tak było, bierzemy to, co dobre, zostawmy to, co złe i idźmy dalej. Życie nigdy się nie zatrzymuje. My również musimy płynąć, bo choćbyśmy bardzo pragnęli, nie damy rady się zatrzymać, może jedynie na chwilę. Dlatego też ci, którzy to zrozumieli, wiedzą, że trzeba przeżywać daną chwilę całym sobą, oddać się jej przeżywaniu w stu procentach. Bo tylko wtedy nie będziemy mieć poczucia straty, poczucia, że coś nam umknęło.

   Wszystko mija.

   I nawet do dobrych chwil, z czasem, będziemy wracać coraz rzadziej. Staną się one częścią naszych wspomnień, będą tworzyć nasz stan ogólny, ale my już będziemy myślami dalej. Już będziemy podążać do kolejnych miejsc, gdzie czekają na nas nowe wyzwania, nowe wrażenia, nowe przygody.

   Dlatego warto odpuszczać. Warto zawsze być gotowym na rozstanie, czy to z danym miejscem, firmą, przyjaciółmi, a nawet tymi osobami, które są najbliższe naszemu sercu i duszy. A może z nimi przede wszystkim powinniśmy się nauczyć rozstawać. Dać im wolność. Pełną, od siebie. By zobaczyli, dokąd zaprowadzą ich, ich intencje. Dokąd zaprowadzi ich, ich pycha, przekonania. Dokąd zaprowadzą ich, ich poglądy.

   Warto też skupić się na sobie, zadbać o siebie, bo z pustego, to i nikt z nas nie naleje. A takim naczyniem się stajemy, gdy pozwalamy, by inni eksplorowali nas bez ograniczeń, korzystali z naszej energii, a nie dawali nic w zamian. Musimy ich wtedy zatrzymać, choć tak naprawdę, najpierw musimy zatrzymać samych siebie, w dawaniu takim osobom przyzwolenia. Bo oni się nigdy nie zatrzymają, będą wiecznie głodni i spragnieni waszej energii, a was pozostawią jedynie wyssanych do cna, wyeksploatowanych i zmęczonych od nadmiernego wysiłku, jaki wkładamy w ich wieczne dokarmianie. W ich ratowanie, stawianie do pionu, gdy dzieje im się najmniejsza krzywda.

   Nie warto rzucać się na ratunek duszy, która nie chce być uratowana. Nie warto dokarmiać tych, którzy chcą jedynie na nas żerować, nie dając nic w zamian. Nie warto poświęcać czasu, gdy druga strona chce jedynie naszej energii, by utrzymać siebie na powierzchni i nie obchodzi jej, co się z nami stanie, czy utoniemy, czy nam za chwilę zabraknie sił, czy coś innego nas spotka. Jej zależy tylko na niej samej. Ona chce jedynie uratować siebie. I jeśli się w porę nie zorientujemy, zniszczy nas. Wyssie do cna, zabałagani nasz umysł swoimi wyobrażeniami, podrzuci nam swoje problemy, wniknie w nas i wypełni swoją energią, pełną, czasami demonów i innego bałaganu. Zatoksyczni nas i nie zawaha się wam wbić noża w serce, gdy poczuje, że ją zaczynamy rozgryzać, jej intencje. A wszystko pod pozorem szukania z nami jedności.

   Potrzebne nam są zatem bolesne otrzeźwienia. Potrzebne nam są chwile, gdy prawda będzie walić nas po twarzach, dobijać się do naszych dusz, umysłów, bo ona chce nas uratować. To ta cząstka nas, która pilnuje, byśmy całkowicie się nie zatracili, nie utonęli, nie dali się do końca wyeksploatować. Byśmy przeżyli. I jeśli przeżyjemy, jeśli się uratujemy, jakież piękne czeka nas odrodzenie. Fakt, pozostaną zgliszcza, ale, czyż Feniks nie odradza się właśnie ze zgliszcz. Z własnych zgliszcz. Z samego siebie.

   Patrząc zatem na taki proces, od strony duchowej, jest on nam jak najbardziej potrzebny, byśmy pozbyli się wszelkich złudzeń. By opadły nam wszelkie łuski z oczu. Byśmy wydostali się z własnej naiwności, głupoty, niecierpliwości, brawurowości. Bo nie ma na nas innego sposobu. Zbyt dobrze znamy siebie, to, jak szybko potrafimy ulec, zgodzić się na różne rzeczy, wierząc, że to da nam szczęście. Dlatego, zanim się inkarnujemy, znając siebie, zabezpieczamy się na wszelkie sposoby na dane wcielenie. To są właśnie nasze fobie, łatwe zniechęcenia, to, co wywołuje nas lęk, niepokój, chęć odrzucenia. To nas chroni. To sprawiają, że choć mamy skłonność do różnych rzeczy, w porę się wycofamy. To one zapalą w nas wszystkie lamki. One wywołają w nas lęk, a my, choć będziemy walczyć ze sobą, pragnieniami, powinniśmy ich tak naprawdę posłuchać. Naszego wewnętrznego głosu, wątpliwości, które się pojawiają, gdy podświadomość chce nas ostrzec. Gdy chce nam powiedzieć, to się znów dzieje, niczego się nie nauczyłeś.

   Pamiętajcie, gdy coś ma być dla was, energia sama się temu pod nogi ściele, jak to się mawia. Mamy wtedy wrażenie, że wszystko we wszechświecie temu sprzyja. I tak jest. Nic nie stoi takiej energii na przeszkodzie, by weszła w jedność.

   Ale, gdy już na dzień dobry, wszystko jest nie tak, oznacza to, że energia jedynie spotkała się, by siebie nawzajem pomóc lub wesprzeć jakiś proces i tyle. Bo nic jej nie sprzyja. Nic nie układa się dla niej niełatwo. I to jest znak, że nie spotkała się, by cały proces dobiegł końca, ale po to, by jedynie przekazać sobie informację: jestem w tym miejscu. Jestem na takim poziomie rozwoju świadomości. I tyle muszę jeszcze przebyć dróg, w mym rozwoju, by dotrzeć do punktu, gdzie jedność już sama następuje.

   Nie warto zatem zbyt szybko nabierać nadziei, nie warto karmić się iluzjami. Warto natomiast wejść wtedy w siebie, przyjrzeć się zjawiskom, które w nas zachodzą, pozwolić prawdzie, by nas dotknęła i ukazała mankamenty. I warto w sobie pozostać, pozwalając, by wszystko, co ma się zadziać, zadziało się, a później ułożyć się w sobie, otrzepać się, wstać, uśmiechnąć się do siebie, pogratulować sobie kolejnego wykonanego zadania i pójść dalej.

   Idźmy zatem dalej.