Skip to main content

Kończenie duchowego cyklu

Nie ma niczego niezwykłego w tym, że niektórymi ścieżkami, chcemy wędrować sami. Daje nam to po prostu więcej możliwości, wejrzenia w siebie.

   Nasze zaangażowanie w życie, rozwój i sprawy innych, powoduje często, że nasz własny wewnętrzny świat na tym cierpi. Dbamy o to, by innym było przy nas dobrze, a zapominamy, że w nas samych jest ogród, o który też trzeba zadbać.

   Zrozumiałe jest to w przypadku, gdy coś stanowi podstawę naszej pracy zawodowej. Poświęcanie osobistego czasu na to, by rozwiązywać cudze problemy, bardzo szybko staje się przyczyną własnego zaniedbania. A nie da się ciągle odkładać własnych spraw na później. Nie da się żyć cudzym życiem, cudzymi sprawami i mieć posprzątany własny dom. Nie da się. Potrzebujemy zatem ulgi, oddechu.

   Potrzebujemy zająć się sobą, poukładać wewnątrz swoje sprawy. To normalne. I jakiż to daje cudowny oddech, gdy stajemy w sobie, w punkcie równowagi, i nagle widzimy, jak wspaniałą pracę wykonaliśmy dla samych siebie. Jak mocno się zmieniliśmy, jak przyjemnie jest obcować samemu ze sobą.

   Są też takie ścieżki, które wręcz wymagają samotności. Takie doświadczenia, gdzie owa samotność, jest bardzo istotna w sposobie ich przeżywania. Gdzie tylko tak, gdy nie jesteśmy rozpraszani przez innych, możemy ujrzeć stan, jakim on jest w rzeczywistości. Gdzie, owo obcowanie ze sobą, pozwoli nam szybciej zakończyć to, co mamy rozpoczęte jako zadanie.

   To jak powrót do domu po długiej podróży. Człowiek stawia walizki w progu, zdejmuje płaszcz i wiesza go na wieszaku. Rozglądamy się po wnętrzu. Wiemy, że długo nas tu nie było. Wiemy, że trzeba będzie pościerać kurze, uzupełnić zapasy w lodówce, ale cieszy nas to. Cieszy nas ten powrót. Cieszy nas sprzątanie. I doceniamy, że jest tu tak cicho. Wrzucamy więc ubrania do pralki, a po wszystkim siadamy w ulubionym fotelu i upijamy łyk herbaty. Bo za chwilę, pewnie znów wyruszymy w podróż. Ten jednak czas dopiero nadejdzie. Teraz delektujemy się ciszą.