Rozpad ego

    Do chwili, gdy coś trzymamy w swoich dłoniach, mamy poczucie, że to jest nasze. Przynajmniej do jakiegoś stopnia. Podobnie jest z ludźmi w naszym życiu. Do chwili, gdy ich trzymamy przy sobie lub sami się ich trzymamy, mamy poczucie ich własności. Coś jest nasze. My do kogoś lub czegoś należymy. Chcemy należeć lub chcemy, by coś do nas należało.

    Umiejętność puszczanie lub odpuszczania, to trudna sztuka. Nie lubimy niczego wypuszczać z rąk, co jest dla nas cenne. Nie lubimy, by inni nas wypuszczali, gdy chcemy do kogoś przynależeć. Chcemy być dla kogoś ważni, cenni, wartościowi. Chcemy być pożądani i chciani. A to największa sztuka, by pozwolić odejść tej najcenniejszej dla nas energii. By puścić to, co dla nas najwartościowsze. Czym się jeszcze nie nasyciliśmy.

    Jest taki moment w rozwoju, gdy trzeba puścić wszystko, co się trzyma. To moment rozpadu ego. Trudny moment, przyznaję. Jak, bowiem, puścić to, co się kocha. Jak odpuścić rzeczom dla nas ważnym, istotnym, bez których nasze życie, w naszym mniemaniu, straciłoby sens. Tymczasem, by móc pójść dalej, tego właśnie trzeba, w tym momencie dokonać. I nie jest to nic nowego dla naszej duszy, bowiem, dość regularnie tracimy, odpuszczamy, zwracamy wolność, oddajemy dalej, pozwalamy odejść. Uczymy się tego każdego dnia. Jest jednak taki moment, gdy zadaniem jest, by oddać to, co najcenniejsze. I jeśli nasza świadomość jest wystarczająco mocno rozwinięta, wiemy doskonale, że niczego tak naprawdę nie tracimy, bo i niczego nie posiadamy, co by było naszą własnością. Nawet nasza dusza nie jest nam przynależna na zawsze. Jest jedynie skupiskiem energii, zgromadzonej przez nas, wokół naszego wewnętrznego źródła i tylko ono jest w nas wieczne. Reszta ulega ciągłej przemianie, ciągłemu przekształceniu, wyczerpywaniu w jej zakresie doświadczeń, jak i dochodzeniu do kresu poznawania możliwości tego składu energii. Tylko my, jako my, pozostajemy dla siebie tym, co Jest. Reszta jest jedynie tym, co nam towarzyszy przez jakiś czas, a do czego powinniśmy mieć wolny stosunek, jak do procesów przemijania. Rozumieć to w sobie i nie przywiązywać się do niczego, nawet do naszego wizerunku duchowego, a może przede wszystkim do niego. Kogokolwiek, bowiem, stworzymy sobie, w swoim wyobrażeniu o sobie lub innych, rozpadnie się. A lubimy to robić. Lubimy tworzyć w sobie, swój obraz i go wielbić. Lubimy delektować się własnym wyobrażeniem o swoim mistrzostwie, wiedzy, elokwencji, umiejętnościach. Każdego dnia wielbimy w sobie jakieś bóstwo, obce lub własne, stworzone z wyobrażeń o sobie samym. Każdego dnia chwalimy się innym, zachwyceni, czegóż to nie doświadczyliśmy lub dokonaliśmy w życiu, lub na duchowej ścieżce. Jesteśmy egoistami z natury. Jak tu się, bowiem, sobą nie zachwycać, skoro my tacy piękni, mądrzy, inteligentni, oczytani, wykształceni…. Natomiast, w samym istnieniu, nie ma niczego zachwycającego, choć istnieje to w źródle, jako możliwość. Do chwili, gdy się tym będziemy zachwycać, nie ujrzymy prawdziwego obrazu sobie, a jedynie jakieś wyobrażenie, którym się zachwycimy.

    Sztuką jest, by ujrzeć obraz takim jakim on jest w swojej istocie. Punkt obserwatora, dla wielu pozostaje wciąż jedynie wyobrażeniem. I nie ma w tym niczego złego, że tak jest. Punktów doświadczeń, jest przecież nieskończenie wiele. W końcu, uda nam się dotrzeć do tego, który ukaże nam rzeczy, jakimi są, ich prawdziwą naturę.

    Co ciekawsze, swojej natury także nie znamy. Nie wiemy do końca, jacy my tak naprawdę jesteśmy. Nie widzimy tego w sobie, nie dostrzegamy też tego w rozlicznych lustrach. Coś w sumie widzimy, tylko nie wiemy, czym to jest. Zależy to bowiem od stopnia rozwinięcia naszej świadomości.

    Dlatego też, to, do czego jesteśmy w sobie najmocniej przywiązani, jednocześnie jest tym, co nam najmocniej zasłania obraz nas samych. Paradoksalnie, to, w czym lokujemy nasze najgłębsze uczucia, jest jednocześnie dla nas najlepszym lustrem. W tym się możemy przejrzeć, wręcz na najgłębszych poziomach.

    Dopóki potrzebujemy luster, by poczuć i ujrzeć samych siebie, do tego momentu, będziemy je wokół siebie tworzyć. W chwili, gdy docieramy do punktu, gdy jest nam to zwyczajnie nie potrzebne na dalszej ścieżce rozwoju, staje się to największym dla nas wyzwaniem, by się pozbyć tego, co odbija nasz najczystszy wizerunek. Ego ukazuje się wtedy w całej swojej krasie. Jego zaś rozpad, to dla nas często moment, gdy przechodzimy przez największą wewnętrzną śmierć, nas samych. W każdym wyobrażonym wizerunku, każdym ukochanym wyobrażeniu. Każdym przekonaniu i poglądzie. Cokolwiek się myśli o sobie, w tym momencie to umiera. Dlatego tak ważnym jest, by przejść to wcześniej, jeśli chodzi o rzeczy zewnętrzne. By nauczyć się odpuszczać ludziom, materii, poglądom i przekonaniom. Po to, uczymy się tego w każdej chwili naszej egzystencji, a i tak, na koniec, jest z tym problem.

    Odpuścić, zanim coś stracimy, nie z naszej woli. Oddać, zanim nam to zostanie zabrane. Pozwolić odejść, zanim zniszczymy tę relację naszą zachłannością. O jakież jest to trudne, gdy darzymy to uczuciami. O jakie bolesne, nie mówiąc o walce, którą stoczymy, by to zatrzymać przy sobie, choćby jeszcze na moment.

    Nie potrafimy odpuszczać. Nie umiem zwracać wolności. I to wcale nie innym, a przede wszystkim sobie. To dla siebie jesteśmy największym ograniczeniem, najmocniejsze tworzymy więzy, właśnie wobec siebie i swojego wizerunku. I to tego właśnie musimy się nauczyć. Odpuszczać. Zwracać wolność. Pozwalać odejść. Wypuszczać z rąk, bez poczucia straty. Bowiem, to nie jest tak naprawdę nasze. To tylko iluzja, że coś do nas należy. Rzeczy, jak zauważacie, rozpadają się, czy nam się to podoba czy nie. Ludzie umierają i nas opuszczają, czy mu sobie tego życzymy czy też, nie. Bez względu na to, jak silną tworzyliśmy z daną energią wieź, ona nie była nawet przez moment naszą własnością. My jedynie tę rzecz użytkowaliśmy przez jakiś czas, cieszyliśmy się bliskością tej rzeczy lub osób. Myślenie, jednak, że to było nasze, jest nad wyraz egoistyczne. Tak, dopóki energia nie zacznie powracać do swojego naturalnego stanu. Wtedy, jak widzimy, energia ma nas gdzieś. Nie przedłużymy jej długości życia. No może na krótko, sztucznie podtrzymując przy życiu, ale i tak się w końcu rozpadnie. I to musimy zrozumieć, że nic nam nie jest dane na zawsze, życie również. Dlatego też, warto nauczyć się cieszyć tym, co teraz użytkujemy; ciałem, materią, przedmiotami, obecnością ludzi, zwierząt, naturą. Zwyczajnie, by zdążyć się tym nasycić. By nam nic nie umknęło. Byśmy nie mieli poczucia, że czegoś nie doświadczyliśmy. Pamiętajcie, to nasze podejście czyni życie pięknym, nie, odwrotnie.

©Wszystkie prawa zastrzeżone Wydawnictwo Nadi
Projekt i realizacja Indico.