Zaangażowanie ponad miarę

    Choć nie mamy najczęściej tego świadomości, to, im mocniej jesteśmy w coś zaangażowani, tym większe nadajemy temu znaczenie. I to nie tylko w odniesieniu do naszych spraw. Większe znaczenie nadamy również i temu, w jaki sposób będziemy odbierać to, co się dzieje, jak i temu, jak mocno będziemy to przeżywać.
    Zaangażowanie, oznacza głębię doznań. Im bardziej jesteśmy zatem w coś zaangażowani, tym głąbiej poczujemy to, co się dzieje. A im głębiej poczujemy to, co się dzieje, tym silniejsza będzie nasza reakcja.
    Czasami, gdy patrzymy na kogoś, kto przeżywa nazbyt ekspresyjnie jakąś sytuację, takie zachowanie może wydać nam się dziwne, wręcz irracjonalne, głupie. Dla tej osoby, w chwili przeżywania, nie jest ono, oczywiście, takim. Ona jest przecież w trakcie jego przeżywania i choć wie, że może robić głupoty, siła ekspresji jest zbyt duża, by mogła nad nią zapanować.
    Nie rozumiemy najczęściej, o co chodzi takiej osobie. Pytamy ją: co się z tobą dzieje? Nie panujesz nad sobą. Uspokój się. I jeśli ta osoba się uspokoi, jest dobrze. Gorzej, gdy nie chce się uspokoić i nadal przeżywa swoją sprawę, wciągając nas przy okazji w swój świat emocji.    
     Dla tej osoby, w tym momencie, jest to najważniejsza rzecz pod słońcem. Nie dziwi więc, że może nie chcieć przestać. Może też nie pojmować, dlaczego inni nie chcą zrozumieć, jakie to dla niej ważne. Dlaczego jej nie chcą wspierać? Tymczasem, dla reszty, zaangażowanie tej osoby, jak i sposób przeżywania, może wydać się wręcz śmieszny, dziwny, świadczący o jej słabości.
    Gdy to dotyczy nas samych, niezrozumienie naszego zaangażowania, może nas wręcz zranić. Możemy się poczuć odrzuceni. Ktoś nam mówi: zostaw to, przestań to przeżywać w ten sposób. To nie jest warte twoich nerwów. Przestań o tym mówić, ciągle wracać do tego samego tematu. Nie widzisz, że ci to szkodzi?!
    Nie słuchamy w takich przypadkach innych. Nie docierają do nas żadne argumenty i ostrzeżenia. Dla nas, to co przeżywamy, jest tak ważne, iż nie odpuścimy i będziemy samych siebie maltretować tematem, jak i nasze otoczenie, dochodząc wręcz do obsesyjności.
Gdy tak się dzieje, wierzcie mi, możemy z czasem stać się bardzo męczący dla otoczenia. Ciągle chcemy bowiem, by roztkliwiać się nad naszą sprawą, która przecież wydaje nam się najważniejsza na świecie. Podobnie jest z innymi. Bywają dla nas równie męczący, gdy nie chcą odpuścić jakiemuś tematowi. Spotykamy takie osoby po jakimś czasie i dalej mówią o tym samym. Mija rok, spotykamy te osoby, a one dalej żyją tym samym tematem. Już dawno mogliby o tym zapomnieć, pójść dalej, zaangażować się w nowe projekty, jednakże nie, oni nadal żyją tym, o czym my już nie jesteśmy w stanie słuchać. I nadal chcą, by cały świat z nimi przeżywał, w równy sposób to, czemu nie chcą odpuścić.
    Uciekamy od takich osób. Wydają nam się często przeładowani emocjonalnie i mentalnie, zaślepieni, destrukcyjni i toksyczni. Zatruli już własny umysł i teraz zatruwają otoczenie, i nas samych.
    Nie inaczej ma się sytuacja, gdy to my zatruwamy swoją obsesyjnością, swoje otoczenie. Choć nam wydaje się najczęściej, że skoro jest to dla nas tak ważne, dla innych też powinno.
    Podobnie dzieje się, gdy angażujemy się społecznie. A najczęściej angażujemy się w to, co jest bliskie naszemu sercu. Ale nie tylko, emocje też są ważne. W zaangażowaniu możemy szukać zaspokojenia dla gniewu, żalu, lęków, wstydu i wielu innych form emocjonalnych. Dołączamy wtedy do jakiejś grupy, w której doskonale możemy wyrazić, co nam zalega w duszy. Która nas niejako rozumie, bo jej członkowie podzielają podobne poglądy, w dodatku, w podobnie zaangażowany emocjonalnie sposób. A o to nam najczęściej chodzi, by znaleźć kogoś, kto czuje w podobny sposób do nas. Niestety, niektóre poglądy, przekonania o słuszności swoich racji, połączone z obsesyjnością i zaangażowaniem, przemieniają się w formacje polityczne lub militarne, ewentualnie przestępcze.
    Gdy jedna osoba głosi publicznie swoje zaangażowanie w jakiś temat, nie wydaje nam się to jeszcze groźne. Gorzej, gdy dołączają do niej inni, o podobnym poziomie gniewu, równie mocno zaangażowani w przeżywanie wyznawanych idei lub poglądów, jak i ich uzewnętrznianie, co może stać się groźne dla otoczenia. Pojedyncza osoba też oczywiście może narobić szkód, jak najbardziej. Dwie osoby będą już jednak stanowić grupę i wzmacniać w sobie, swoją toksyczność.  
    Ma to i swój drugi, pozytywny biegun. Tam, gdzie chcemy czynić świat lepszym, nasze zaangażowanie w jakiś projekt, może przynieść wiele dobrego. Trzeba jedynie uważać, by nie zamieniło się to w walkę, jak i na to, byśmy nie zostali wciągnięci w coś, co początkowo mogło wydawać się niewinne, z czasem zaś przybrało bardziej radykalny charakter.
Poczynając zatem od nas, kończąc zaś na całym otoczeniu, można powiedzieć, że wszyscy jesteśmy w coś zaangażowani. Czy to w przeżywanie naszych porażek lub sukcesów, czy też w nasze związki, relacje, pracę. W większości jednak, przeżywamy to w samotności, we wnętrzu dokonując wszelkich rozliczeń. Czy to dobrze? Czasami tak, choć lubimy podzielić się z innymi naszymi przemyśleniami, opowiedzieć komuś o sobie. Jeśli ktoś nas zechce wysłuchać, wspaniale, pilnujmy jednak samych siebie, bo choć mamy siebie w tym momencie za tych dobrych, w rezultacie stajemy się dla otoczenia bardzo toksyczni

©Wszystkie prawa zastrzeżone Wydawnictwo Nadi
Projekt i realizacja Indico.